W środowisku szkolenia i egzaminowania kierowców pojawiła się obrona Komisji do spraw weryfikacji i rekomendacji pytań egzaminacyjnych na prawo jazdy. Pojawił się też przekaz, że przewodniczący tej komisji stał się rzekomo „kozłem ofiarnym” zmian, które Ministerstwo Infrastruktury chce wprowadzić w systemie egzaminowania.

Problem polega na tym, że w tej sprawie nie ma czego bronić.
Nie chodzi o to, aby kogokolwiek publicznie napiętnować dla samego napiętnowania. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o jakość państwowego egzaminu na prawo jazdy, o odpowiedzialność instytucji publicznych i o realne skutki dla kandydatów, którzy przez błędne pytania mogli nie zdać egzaminu.
Ministerstwo Infrastruktury samo poinformowało, że na poziomie ogólnokrajowym zidentyfikowano dwadzieścia jeden osób, które mogły zostać poszkodowane w wyniku zaistniałej sytuacji. Chodzi o kandydatów, którzy uzyskaliby pozytywny wynik egzaminu, gdyby poprawne odpowiedzi zostały im uznane. Resort opublikował również komunikat komisji, w którym wprost wskazano, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca.
To nie jest drobna pomyłka techniczna. To jest dowód, że system weryfikacji pytań egzaminacyjnych nie zadziałał tam, gdzie powinien zadziałać bezwzględnie.
Komisja nie jest prywatnym klubem dyskusyjnym
Komisja do spraw weryfikacji i rekomendacji pytań egzaminacyjnych nie jest luźnym zespołem opiniującym materiały szkoleniowe. To ciało funkcjonujące w systemie państwowego egzaminowania kandydatów na kierowców.
Jeżeli więc do państwowego egzaminu trafiają pytania błędne, nieaktualne, nieprecyzyjne albo pozbawione jasnej podstawy prawnej, to nie można udawać, że nic się nie stało.
Tym bardziej nie można opowiadać, że ktoś tu został „kozłem ofiarnym”. Kandydat, który nie zdał egzaminu przez wadliwe pytanie, nie uczestniczy w środowiskowych układach, dyskusjach ani sporach personalnych. On zapłacił za egzamin, przyszedł na państwowy test i miał prawo oczekiwać, że pytania będą prawidłowe, jednoznaczne i zgodne z prawem.
Jeżeli tego nie otrzymał, to nie przewodniczący komisji jest pierwszą ofiarą tej sytuacji.
Ofiarą jest kandydat na kierowcę.
To nie jest pierwsza wpadka
Trzeba przypomnieć, że to nie jest pierwszy poważny problem z pytaniami egzaminacyjnymi.
Już w styczniu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku portal brd24.pl ujawnił dziewięć pytań egzaminacyjnych, które zawierały rażące błędy. Opisywano wtedy między innymi pytania dotyczące znaków drogowych, obszaru zabudowanego, strefy zamieszkania i przejazdów kolejowych. Według publikacji pytania zostały wycofane z bazy, a minister wszczął kontrolę w Departamencie Transportu Drogowego i w komisji zajmującej się pytaniami.
To oznacza, że mamy do czynienia nie z jednym incydentem, ale z powtarzalnym problemem.
Skoro raz doszło do dopuszczenia błędnych pytań, należało zbudować taki mechanizm kontroli, aby podobna sytuacja nie powtórzyła się nigdy więcej. A jednak się powtórzyła. I znowu okazało się, że w państwowym egzaminie funkcjonowały pytania, które nie powinny się tam znaleźć.
W takim stanie rzeczy obrona komisji brzmi jak obrona systemu, który sam dostarcza dowodów na własną niewydolność.
Pytanie egzaminacyjne musi sprawdzać kierowcę, a nie urzędnika
Największy problem z obecną bazą pytań polega jednak nie tylko na jednostkowych błędach. Problem jest głębszy.
W bazie znajdują się pytania, które w ogóle nie powinny być kierowane do kandydata na kierowcę, bo dotyczą nie umiejętności bezpiecznego uczestnictwa w ruchu drogowym, lecz obowiązków organów administracji publicznej, starosty, policjanta albo innej osoby kontrolującej ruch drogowy.
Kandydat na kierowcę ma wiedzieć, jak poruszać się zgodnie z przepisami. Ma rozumieć pierwszeństwo, znaki, sygnały, zachowanie wobec pieszych, rowerzystów, pojazdów uprzywilejowanych, warunki techniczne jazdy, zachowanie w sytuacjach zagrożenia i podstawowe zasady bezpieczeństwa.
Nie powinien być egzaminowany z tego, na ile dni starosta zatrzyma prawo jazdy, co zrobi organ po upływie okresu zatrzymania, jakie czynności administracyjne zostaną podjęte później, jaki dokument wystawi policjant i jak wygląda dalszy tok urzędowy sprawy.
To są zagadnienia administracyjne. One mogą mieć znaczenie dla urzędnika, policjanta, egzaminatora, instruktora albo prawnika zajmującego się postępowaniami administracyjnymi. Ale nie są istotą egzaminu dla osoby, która ma dopiero uzyskać uprawnienia do kierowania pojazdem.
Egzamin teoretyczny nie powinien być testem z procedur administracyjnych. Powinien być testem z bezpiecznego i zgodnego z prawem uczestnictwa w ruchu drogowym.
Pytania z administracji robią zamęt, a nie budują bezpieczeństwo
Takie pytania nie poprawiają bezpieczeństwa ruchu drogowego. One jedynie rozpraszają uwagę kandydata.
Zamiast uczyć go właściwej obserwacji drogi, oceny ryzyka, rozumienia znaków, zasad pierwszeństwa i przewidywania zachowań innych uczestników ruchu, system zmusza go do zapamiętywania urzędowych konsekwencji określonych naruszeń.
To jest całkowite odwrócenie proporcji.
Kandydat ma wiedzieć, czego nie wolno robić na drodze i dlaczego dane zachowanie jest niebezpieczne. Nie musi na etapie egzaminu państwowego znać pełnej ścieżki administracyjnej, którą później przejdzie jego dokument, jeżeli naruszy przepisy.
Jeżeli ustawodawca uważa, że znajomość takich mechanizmów jest potrzebna, powinien przenieść je do właściwych przepisów ustawy o kierujących pojazdami albo pozostawić jako materiał informacyjny dla osób, które chcą pogłębiać wiedzę. Nie powinno się jednak robić z tego kryterium zdania albo niezdania egzaminu państwowego.
To klasyczny przerost formy nad treścią. Jeżeli ktoś chce nauczyć się wbijać gwoździe, nie musi znać technologii chemicznej i fizycznej produkcji młotka. To wiedza dla zaawansowanych, potrzebna na wyższym poziomie nauki, a nie na etapie sprawdzania podstawowej umiejętności praktycznego posługiwania się narzędziem.
Tak samo kandydat na kierowcę powinien znać zasady bezpiecznego i zgodnego z prawem poruszania się po drodze, a nie szczegółowe mechanizmy działania administracji po naruszeniu przepisów.
Pytanie bez podstawy prawnej nie powinno istnieć w bazie
Drugi problem jest jeszcze poważniejszy: w bazie pytań znajdują się pytania, które nie mają jasnej podstawy prawnej.
A pytanie egzaminacyjne na prawo jazdy nie może opierać się na „doświadczeniu”, „zdrowym rozsądku” członka komisji, środowiskowej praktyce albo niepisanym przekonaniu, że „tak się powinno odpowiedzieć”.
Jeżeli odpowiedź ma być uznana za prawidłową albo nieprawidłową, musi istnieć konkretna norma prawna, z której to wynika.
Nie wystarczy, że komuś się wydaje, że dana odpowiedź jest lepsza. Nie wystarczy, że przez lata tak uczono na kursach. Nie wystarczy, że „wszyscy egzaminatorzy tak rozumieją”.
Państwowy egzamin wymaga podstawy prawnej, precyzji i jednoznaczności.
Jeżeli pytanie nie ma podstawy prawnej, nie powinno być używane do oceniania kandydata. A jeżeli mimo to trafia do egzaminu, to państwo przerzuca na obywatela skutki własnego bałaganu.
Źródło pytania to nie zawsze podstawa prawna
Osobnym problemem jest to, co w bazie pytań bywa wpisywane jako „źródło pytania”.
Samo wskazanie jakiegoś źródła nie oznacza jeszcze, że istnieje podstawa prawna do oceniania kandydata na kierowcę.
W przesłanych materiałach widać przykłady, gdzie jako źródło pytania wpisywane są ogólne opisy wiedzy, na przykład:
„prawidłowa technika prowadzenia tramwaju”
albo:
„ogólne zasady techniki kierowania pojazdem”.
To nie jest źródło prawa.
To nie jest przepis.
To nie jest konkretna norma prawna.
To jest ogólne, nieostre pojęcie, które może być różnie rozumiane przez instruktora, egzaminatora, motorniczego, autora pytania albo członka komisji.
Jeżeli ja uważam, że prawidłowa technika prowadzenia tramwaju wygląda inaczej niż uważa komisja, to co wtedy?
Kto ma rację?
Komisja dlatego, że jest komisją?
Autor pytania dlatego, że napisał pytanie?
Egzaminator dlatego, że tak uczy od lat?
W państwowym egzaminie taka odpowiedź nie wystarcza.
Jeżeli pytanie ma decydować o wyniku egzaminu, to prawidłowa odpowiedź musi wynikać z konkretnej podstawy prawnej. Musi być możliwe wskazanie przepisu, z którego wynika dana zasada. W przeciwnym razie kandydat nie jest egzaminowany z prawa, tylko z poglądów komisji na temat techniki jazdy.
A poglądy komisji nie są źródłem prawa.
Można oczywiście uczyć techniki prowadzenia tramwaju. Można omawiać płynność jazdy, hamowanie, ruszanie, obserwację torowiska, zachowanie wobec pasażerów, pieszych i innych uczestników ruchu. Ale jeżeli z tej wiedzy robi się pytanie egzaminacyjne, od którego zależy wynik państwowego egzaminu, to musi istnieć jasna, weryfikowalna i powszechnie dostępna podstawa.
Nie może być tak, że kandydat ma zgadywać, jaką „technikę” uznała komisja za prawidłową.
„Technika prowadzenia” nie może być pustym hasłem
Wpisanie jako źródła pytania hasła „prawidłowa technika prowadzenia tramwaju” pokazuje, że część bazy pytań opiera się nie na prawie, lecz na uznaniowości.
To bardzo niebezpieczne.
Bo jeżeli odpowiedź nie wynika z przepisu, tylko z bliżej nieokreślonej „techniki”, to kandydat nie ma realnej możliwości weryfikacji, czy odpowiedź komisji jest prawidłowa. Może jedynie przyjąć, że skoro komisja tak twierdzi, to tak ma być.
Ale państwowy egzamin nie może działać na zasadzie: „komisja ma rację, bo komisja ma rację”.
Egzamin państwowy musi być oparty na prawie, a nie na autorytecie osób układających pytania.
Jeżeli komisja uważa, że określony sposób prowadzenia tramwaju jest jedynym prawidłowym, powinna wskazać konkretny przepis albo konkretną normę wynikającą z aktu powszechnie obowiązującego. Jeżeli nie potrafi tego zrobić, to pytanie nie powinno znajdować się w bazie egzaminacyjnej.
To samo dotyczy innych ogólnych haseł wpisywanych jako źródło pytania: „podstawy działania układu hamulcowego”, „sposoby hamowania”, „technika kierowania” czy podobne opisy wiedzy technicznej. Taka wiedza może być użyteczna. Może być przedmiotem szkolenia. Może być omawiana przez instruktorów. Ale nie zastępuje przepisu prawa.
A egzamin państwowy nie powinien oceniać kandydata według niepisanych reguł, których nie można zweryfikować.
Komisja miała weryfikować, a nie tylko rekomendować
Sama nazwa komisji mówi wiele: komisja do spraw weryfikacji i rekomendacji pytań egzaminacyjnych.
Weryfikacja oznacza sprawdzenie. Nie symboliczne, nie powierzchowne, nie środowiskowe, tylko realne.
Pytanie powinno być sprawdzone pod kątem zgodności z aktualnym stanem prawnym, poprawności językowej, jednoznaczności, wartości dydaktycznej i przydatności do oceny wiedzy kandydata.
Jeżeli pytanie jest nieaktualne, błędne, niejednoznaczne, oderwane od celu egzaminu albo oparte na ogólnym haśle zamiast na konkretnym przepisie, komisja powinna je odrzucić.
Jeżeli tego nie robi, to nie wykonuje swojej podstawowej funkcji.
Trzydziestoletni staż nie zwalnia z widzenia problemu
Właśnie dlatego szczególnie zaskakuje, gdy szkoleniowiec lub egzaminator z wieloletnim, trzydziestoletnim stażem broni tego systemu i sprowadza sprawę do obrony przewodniczącego komisji.
Doświadczenie powinno pomagać w dostrzeganiu patologii, a nie w jej usprawiedliwianiu.
Jeżeli ktoś przez trzydzieści lat funkcjonuje w szkoleniu lub egzaminowaniu kierowców, powinien tym bardziej rozumieć, że pytanie egzaminacyjne musi być jasne, zgodne z prawem i potrzebne z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Jeżeli tego nie dostrzega, to faktycznie mamy problem.
I to nie tylko z komisją, ale z częścią środowiska, które przyzwyczaiło się do wadliwego systemu tak bardzo, że zaczęło traktować jego wady jako normę.
Problemem nie jest krytyka komisji. Problemem jest brak realnej odpowiedzialności
W tej sprawie nie chodzi o personalne rozliczanie jednej osoby. Chodzi o odpowiedzialność instytucjonalną.
Ministerstwo powołało komisję. Komisja weryfikowała pytania. Pytania trafiły do państwowego egzaminu. Kandydaci je rozwiązywali. Część z nich mogła ponieść realną szkodę.
To jest prosty łańcuch odpowiedzialności.
Nie można go przeciąć hasłem o „koźle ofiarnym”. Jeżeli państwo organizuje egzamin, to państwo odpowiada za jego jakość. Jeżeli komisja rekomenduje pytania, to komisja odpowiada za ich rzetelność. Jeżeli ministerstwo sprawuje nadzór nad bazą pytań, to ministerstwo odpowiada za to, czy ten nadzór jest realny, czy tylko formalny.
Potrzebna jest przebudowa bazy pytań, a nie pudrowanie systemu
Samo usunięcie kilku błędnych pytań nie rozwiązuje problemu.
Potrzebny jest pełny audyt całej bazy pytań egzaminacyjnych. Każde pytanie powinno zostać ocenione według kilku prostych kryteriów.
Czy ma jednoznaczną podstawę prawną?
Czy sprawdza wiedzę potrzebną kierowcy, a nie urzędnikowi?
Czy odpowiedź wynika z przepisu, a nie z domysłu?
Czy pytanie realnie wiąże się z bezpieczeństwem ruchu drogowego?
Czy kandydat po opanowaniu tego zagadnienia będzie lepszym i bezpieczniejszym uczestnikiem ruchu?
Czy źródło pytania jest rzeczywistym źródłem prawa, a nie tylko ogólnym opisem wiedzy technicznej, szkoleniowej albo środowiskowej?
Jeżeli odpowiedź na którekolwiek z tych pytań jest negatywna, pytanie powinno zostać usunięte albo napisane od nowa.
Ministerstwo Infrastruktury zapowiedziało reformę systemu egzaminowania kierowców, w tym utworzenie nowego Centrum Egzaminowania w miejsce obecnej Komisji do spraw weryfikacji i rekomendacji pytań egzaminacyjnych. Według komunikatu resortu wsparciem dla nowego centrum ma być rada konsultacyjna złożona między innymi z przedstawicieli instruktorów, egzaminatorów, wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego, Policji oraz środowiska bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Taka zmiana może mieć sens tylko wtedy, gdy będzie realną przebudową systemu, a nie zmianą szyldu.
Nie brońmy systemu, który sam przyznaje się do błędów
Najgorsze, co można dziś zrobić, to bronić obecnego stanu rzeczy tylko dlatego, że przez lata środowisko się do niego przyzwyczaiło.
Nie wolno udawać, że skoro pytań są tysiące, to kilka błędów nie ma znaczenia. Ma znaczenie każde błędne pytanie, jeżeli przez to pytanie choć jedna osoba nie zdała egzaminu.
Nie wolno udawać, że pytania administracyjne są potrzebne kandydatowi do bezpiecznej jazdy. Nie są.
Nie wolno udawać, że pytania bez jasnej podstawy prawnej mogą funkcjonować w państwowym egzaminie. Nie mogą.
Nie wolno udawać, że hasło „prawidłowa technika kierowania pojazdem” jest źródłem prawa. Nie jest.
Nie wolno wreszcie zasłaniać problemu opowieścią o „koźle ofiarnym”, gdy prawdziwym problemem jest niewydolny mechanizm dopuszczania pytań do egzaminu.
Tu naprawdę nie ma czego bronić.
Jeżeli egzaminator albo szkoleniowiec z trzydziestoletnim stażem tego nie widzi, to nie jest argument za obroną komisji. To jest dowód, że problem jest głębszy, niż się wydaje.
Bo system egzaminowania kierowców nie potrzebuje środowiskowej solidarności w obronie błędów.
Potrzebuje rzetelności, przejrzystości i odpowiedzialności.
A przede wszystkim potrzebuje pytań, które sprawdzają to, co rzeczywiście powinno być sprawdzane: czy kandydat na kierowcę rozumie przepisy ruchu drogowego i potrafi bezpiecznie uczestniczyć w ruchu.
