System egzaminowania kierowców – diagnoza całkowicie chybiona

Narracja, że problemem systemu szkolenia kierowców jest infrastruktura, brak autodromów, symulatorów czy „nowoczesnych narzędzi”, jest oderwana od realiów. To próba leczenia objawów zamiast przyczyny. Problem nie leży w szkoleniu. Problem leży w systemie egzaminowania – i to w jego najbardziej fundamentalnym elemencie: w jakości oraz sposobie przygotowania egzaminatorów.

Rozbudowa placów manewrowych, inwestowanie w manekiny, symulatory, kosztowną infrastrukturę czy zakup pojazdu o minimalnej mocy 180 KM nie poprawi bezpieczeństwa ruchu drogowego. Kandydat na kierowcę nie ma być przygotowywany do jazdy sportowej ani sytuacji torowych. Ma nauczyć się prawidłowego, zgodnego z przepisami funkcjonowania w realnym ruchu drogowym. A tego nie weryfikuje obecny system egzaminacyjny w sposób jednolity i rzetelny.

Kluczowa wada systemu polega na tym, że egzaminatorzy w praktyce nie są przygotowani do wykonywania swojej funkcji zgodnie z prawem. To nie jest ocena teoretyczna – ukończyłem kurs na egzaminatora i mam pełną świadomość, jak wygląda ten proces. W trakcie szkolenia brakuje realnego komponentu prawnego. Nie ma udziału specjalistów, którzy w sposób systemowy i jednoznaczny rozstrzygaliby wątpliwości interpretacyjne przepisów prawa o ruchu drogowym i aktów wykonawczych. Zamiast tego funkcjonuje przekaz środowiskowy – „praktyka ośrodka”, doświadczenia innych egzaminatorów, utarte schematy.

Efekt jest taki, że egzaminator wychodzi do pracy z przekonaniem, że posiada kompetencję do interpretowania przepisów według własnego uznania. To przekonanie jest błędne.

Egzaminator nie jest interpretatorem prawa. Nie jest „ekspertem od własnych zasad”. Nie jest organem tworzącym normy. Jest wykonawcą przepisów i ma obowiązek działać w granicach i na podstawie prawa. Owszem, posiada pewien zakres oceny, ale dotyczy on zachowania kandydata w konkretnej sytuacji drogowej – a nie tworzenia własnych standardów interpretacyjnych. Dyskrecjonalność nie oznacza dowolności.

W praktyce jednak granica ta jest nagminnie przekraczana. Egzaminator nie stosuje przepisu – on go interpretuje, a następnie egzekwuje swoją interpretację. Co więcej, interpretacja ta bywa wtórna – przejęta od innych egzaminatorów i utrwalona środowiskowo, a nie wynikająca z analizy prawnej.

To prowadzi do pełnej uznaniowości. Ten sam manewr, wykonany w identycznych warunkach, może zostać oceniony skrajnie różnie – w zależności od egzaminatora. Nie dlatego, że zmienia się stan faktyczny, tylko dlatego, że zmienia się „standard wewnętrzny”.

Potwierdzeniem tej patologicznej rozbieżności są chociażby dyskusje w mediach społecznościowych, gdzie identyczne manewry egzaminacyjne są oceniane skrajnie różnie – od błędu skutkującego wynikiem negatywnym po prawidłowe wykonanie – w zależności od regionu i lokalnej praktyki egzaminatorów. To dowód na faktyczną regionalizację stosowania prawa.

Efekt jest destrukcyjny: system szkolenia zostaje podporządkowany nie przepisom prawa, lecz oczekiwaniom egzaminatora. Instruktor nie szkoli kursanta zgodnie z przepisami, tylko pod egzaminatora – bo liczy się zdawalność. A zdawalność jest podstawowym kryterium wyboru ośrodka przez klienta.

W efekcie, aby zwiększyć zdawalność, należy dostosować się do najsłabszego ogniwa systemu – egzaminatora o najniższym poziomie merytorycznym. Jeżeli egzaminator stosuje błędną interpretację, system premiuje dostosowanie się do tej interpretacji. To jest mechanizm systemowej degeneracji.

Nie jest też prawdą, że system posiada skuteczne mechanizmy kontroli. W rzeczywistości mamy do czynienia z konstrukcją pozorną. Formalnie istnieje możliwość wniesienia skargi, ale jej funkcja jest fasadowa. Sprawy kończą się tzw. pismami informacyjnymi, które nie mają charakteru aktu administracyjnego i w praktyce zamykają drogę do dalszego dochodzenia praw.

Osoba egzaminowana zostaje pozbawiona realnego prawa do odwołania. System działa faktycznie jednoinstancyjnie. Ten sam mechanizm, który ocenia, odpowiada również za „kontrolę” własnych rozstrzygnięć. Nie ma tu niezależnej weryfikacji.

To powoduje, że skarga odbija się od systemu. Nawet w przypadkach oczywistych, popartych materiałem dowodowym, nie dochodzi do merytorycznego rozstrzygnięcia przez niezależny organ. System nie koryguje błędów – on je utrwala.

Brak realnego mechanizmu kontroli ma jeszcze jeden skutek – skargi przestają być składane. Jeżeli nic nie dają, uczestnicy systemu rezygnują z ich wnoszenia. W efekcie zdecydowana większość nieprawidłowości nigdy nie wychodzi poza poziom wewnętrzny.

To tworzy fałszywy obraz rzeczywistości. Niewielka liczba spraw trafiających do wojewódzkich sądów administracyjnych nie oznacza, że problem jest marginalny. Oznacza, że system skutecznie blokuje ich ujawnianie.

Orzecznictwo sądów administracyjnych w tym obszarze to jedynie promil rzeczywistej skali problemu. Do sądu trafiają tylko najbardziej zdeterminowane przypadki. Reszta pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą.

Co więcej – nawet ten promil to już poziom alarmowy. Skoro tak niewielka część spraw generuje zauważalną liczbę postępowań sądowych, to oznacza, że problem ma charakter strukturalny.

To, co widzimy w sądach, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Rozwiązaniem nie jest dalsza technicyzacja szkolenia. Rozwiązaniem jest reforma systemu egzaminowania.

Szkolenie egzaminatorów powinno być scentralizowane i ujednolicone. Konieczne są regularne warsztaty prowadzone według jednolitego standardu, z realnym udziałem specjalistów z zakresu prawa, aby wyeliminować regionalne „szkoły interpretacji” przepisów. Prawo obowiązuje jednolicie w całym kraju – egzamin również powinien.

Z perspektywy praktycznej – jako osoba, która ukończyła kurs na egzaminatora – deklaruję gotowość do udziału w takich działaniach systemowych. System wymaga głosu praktyków, którzy znają jego realia od środka.

Konieczna jest także zmiana ścieżki dostępu do zawodu egzaminatora. Minimalnym standardem powinno być realne doświadczenie – np. co najmniej pięć lat pracy jako instruktor nauki jazdy. Bez tego nie ma zrozumienia procesu szkolenia ani zachowań kursantów.

Obecny model dopuszcza sytuacje absurdalne – gdzieś w powiecie zamknęli GS, czyli gminną spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”, człowiek nie miał co ze sobą zrobić, więc postanowił zostać egzaminatorem. I niestety wiele wskazuje na to, że część osób właśnie w taki sposób trafia do tego zawodu.

Efekt końcowy jest prosty: system nie weryfikuje rzetelnie umiejętności kierowców, tylko zgodność z oczekiwaniami egzaminatora.

Problem nie leży na placu manewrowym.

Problem leży w systemie egzaminowania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *