
Czy państwowy egzamin na prawo jazdy w części Polski nadal weryfikuje umiejętności, czy może coraz częściej budzi podejrzenie, że stał się testem odporności na uznaniowość, stres i lokalne układy egzaminacyjne?
Gdy w jednych miastach zdaje niemal co drugi kandydat, a w innych ledwie co czwarty, trudno nie zadać pytania: czy w całym kraju obowiązują te same zasady, czy tylko teoretycznie?
Dane z końca 2025 i początku 2026 roku niepokoją. Nie dlatego, że egzamin jest trudny. Egzamin państwowy ma prawo być trudny. Niepokój budzi coś innego: gigantyczne rozbieżności w zdawalności, skrajnie niskie wyniki w niektórych WORD-ach i przypadki egzaminatorów, przy których zdanie egzaminu zaczyna wyglądać jak statystyczny cud.
Czy w Polsce są WORD-y, w których po prostu „mało kto ma zdać”?
Jeżeli w jednych ośrodkach zdawalność praktycznego egzaminu kategorii B przekracza 45, a nawet 50 procent, a w innych spada do poziomu 23–25 procent, to nasuwa się pytanie zasadnicze: czy państwo rzeczywiście zapewnia obywatelom równy egzamin?
Czy kandydat w jednym mieście ma takie same szanse jak kandydat w innym?
Czy egzamin państwowy jest jednolity, czy raczej zależy od lokalnej praktyki, przyzwyczajeń egzaminatorów i atmosfery panującej w danym ośrodku?
I wreszcie: czy niektóre WORD-y nie zaczynają funkcjonować w opinii społecznej bardziej jako miejsca seryjnego oblewania niż rzetelnej weryfikacji umiejętności?
Takich pytań nie da się już zbyć wzruszeniem ramion. Skala różnic jest zbyt duża.
Egzamin państwowy czy egzamin od tego, na kogo trafisz?
Najbardziej alarmujące są informacje dotyczące poszczególnych egzaminatorów. Skoro media opisują przypadki osób, przy których zdawalność spada do kilku procent, to trudno nie zapytać: czy taki egzaminator wciąż realizuje ustawowy standard, czy już tworzy własny?
Jeżeli jeden egzaminator przeprowadza setki egzaminów i niemal wszyscy odpadają, to co właściwie należy o tym myśleć?
Czy trafiają do niego wyłącznie fatalnie przygotowani kandydaci?
Czy może problem leży w sposobie oceniania, przesadnym rygoryzmie albo w praktyce interpretacyjnej, która wymyka się spod realnej kontroli?
W takich przypadkach kandydaci mają prawo pytać, czy przystępują do egzaminu państwowego, czy do egzaminu konkretnego człowieka. A to nie jest drobna różnica. To jest różnica fundamentalna.
Czy uznaniowość nie stała się największym problemem systemu?
Oficjalnie mówi się o stresie, słabym szkoleniu i rosnących wymaganiach. To wygodne i częściowo prawdziwe wyjaśnienia. Ale czy one wystarczają, gdy rozpiętość wyników między ośrodkami jest tak ogromna?
Czy naprawdę można poważnie utrzymywać, że w jednym mieście kursanci są przygotowani znakomicie, a w innym masowo nie nadają się do prowadzenia samochodu?
Czy stres działa tylko w wybranych WORD-ach?
Czy może prawdziwy problem tkwi w tym, że egzamin w praktyce bywa zbyt zależny od uznania egzaminatora?
Bo jeśli kandydat nie wie, czy będzie oceniany według przejrzystych reguł, czy według surowości konkretnej osoby, to nie mamy do czynienia wyłącznie z trudnym egzaminem. Mamy do czynienia z systemem, który zaczyna tracić przewidywalność.
Czy to tylko medialna przesada, czy sygnał alarmowy?
Określenia używane w mediach bywają ostre, ale zwykle nie biorą się znikąd. Gdy pojawia się obraz egzaminatorów, przy których oblewa niemal każdy, to nie chodzi już tylko o emocje kursantów. To staje się problemem publicznym.
Czy państwo naprawdę może spokojnie patrzeć na sytuację, w której pojedyncze osoby osiągają skrajnie niską zdawalność i nie uruchamia to automatycznie poważnego audytu?
Czy ktoś analizuje, z czego biorą się takie wyniki?
Czy bada się, czy egzaminator prawidłowo interpretuje przepisy, właściwie kwalifikuje błędy i zachowuje proporcję w ocenie zachowania kandydata?
Jeżeli nie, to trudno się dziwić, że rośnie przeświadczenie, iż w części ośrodków nie wystarczy umieć jeździć. Trzeba jeszcze „mieć szczęście”.
Czy system zarabia na niezdanych egzaminach?
To pytanie niewygodne, ale nieuniknione. Każda kolejna próba to kolejna opłata. Każdy oblany egzamin to następne wydatki na jazdy doszkalające, czas, stres i pieniądze. Kandydat płaci. System inkasuje.
Czy w takim modelu nie powstaje przynajmniej ryzyko podejrzenia, że niska zdawalność przestaje być wyłącznie problemem, a staje się także źródłem przychodu?
Czy WORD, który zarabia również na poprawkach, nie powinien być poddany szczególnie surowemu, zewnętrznemu nadzorowi?
Czy ośrodki o skrajnie niskiej zdawalności nie powinny z automatu trafiać pod lupę organów kontrolnych?
To nie jest oskarżenie. To pytanie o elementarną przejrzystość państwowego mechanizmu. W systemie publicznym sam brak zaufania jest już problemem.
Czy część egzaminatorów jest dostatecznie przygotowana merytorycznie?
To temat, którego wiele osób woli nie dotykać. A jednak może właśnie tu tkwi sedno sprawy. Czy wszyscy egzaminatorzy rzeczywiście w równym stopniu rozumieją przepisy, właściwie je interpretują i potrafią oddzielić realny błąd od nadmiernej, własnej nadinterpretacji?
Czy nie zdarza się, że egzaminator ocenia bardziej według własnych przyzwyczajeń niż według jednolitego standardu?
Czy nie bywa tak, że kandydat odpada nie dlatego, że stworzył rzeczywiste zagrożenie, lecz dlatego, że egzaminator przyjął skrajnie formalistyczną albo autorską interpretację sytuacji drogowej?
Czy mechanizmy kontroli wychwytują takie przypadki, zanim staną się codziennością?
Jeżeli egzaminator dysponuje tak ogromną władzą nad wynikiem egzaminu, to pytanie o jego poziom przygotowania merytorycznego nie jest atakiem. Jest obowiązkiem opinii publicznej.
Kursant w starciu z systemem. Czy ma realne szanse się bronić?
Niepokój budzi również to, co dzieje się po egzaminie. Czy kandydat, który czuje się niesprawiedliwie oceniony, ma rzeczywistą możliwość obrony? Czy nagrania egzaminów są łatwo dostępne? Czy procedury skargowe rzeczywiście badają sprawę, czy tylko pozornie ją obsługują?
Bo jeśli egzaminator decyduje, nagranie trudno uzyskać, a odwołanie rzadko cokolwiek zmienia, to kandydat zostaje sam przeciwko instytucji. A państwowy egzamin nie może sprawiać wrażenia mechanizmu, w którym obywatel z góry stoi na słabszej pozycji.
Czy ktoś wreszcie zapyta głośno, co dzieje się w niektórych WORD-ach?
Największym problemem może być dziś nie tylko niska zdawalność, ale narastające wrażenie, że system przestał być jednakowo sprawiedliwy dla wszystkich. Kandydaci, instruktorzy i opinia publiczna mają prawo pytać:
Czy w Polsce istnieją WORD-y, w których egzamin jest de facto trudniejszy niż gdzie indziej?
Czy niektórzy egzaminatorzy nie uzyskali zbyt szerokiej, praktycznie niekontrolowanej swobody?
Czy skrajnie niska zdawalność nie powinna oznaczać automatycznego postępowania wyjaśniającego?
Czy wreszcie nie należałoby sprawdzić, czy problem nie dotyczy także poziomu przygotowania merytorycznego części egzaminatorów?
To nie są pytania radykalne. Radykalne są liczby, które je wywołują.
Państwowy egzamin nie może przypominać loterii
Nie da się dziś odpowiedzialnie przesądzić bez kontroli i analizy, że w konkretnych WORD-ach dochodzi do patologii. Ale nie da się też uczciwie udawać, że nic się nie dzieje. Gdy różnice w zdawalności są tak wielkie, a przy niektórych egzaminatorach sukces graniczy z cudem, państwo nie powinno milczeć.
Bo obywatel ma prawo oczekiwać, że egzamin będzie wymagający, ale uczciwy. Surowy, ale przewidywalny. Trudny, ale równy dla wszystkich.
A dziś coraz więcej osób zadaje pytanie, którego nie da się już uciszyć:
czy prawo jazdy w Polsce zdobywa się dzięki umiejętnościom, czy czasem także dzięki temu, gdzie się zdaje i na kogo się trafi?
